Strzelanie w polu i na strzelnicy

SONY DSCKilka rad i refleksji.

 Ktoś kiedyś powiedział, że nie zapomina się tylko jazdy na rowerze. Pewne jest, iż prawie wszystkie nabyte umiejętności tracimy, gdy nie będziemy poświęcać im należytej uwagi. Dotyczy to także strzelania. Jak wiadomo, trening czyni mistrza. Nawet, jak nie chcemy być czempionami w dziedzinie strzelectwa, trzeba koniecznie wygospodarować trochę czasu na oswajanie broni i wyrabianie nawyków.

Jak wiadomo, bez oddychania nie da się żyć. Da się jednak  na parę czy kilka sekund wstrzymać oddech, a tyle czasu wystarczy, by oddać celny strzał. Od wielu lat, w różnych szkołach strzeleckich funkcjonuje klasyczny, dobry schemat – tuż przed strzałem głęboki wdech, potem pełny wydech, następnie wdech niepełny i wstrzymanie powietrza w płucach na czas pracy ze spustem.

Gdy jest taka możliwość, należy koniecznie – jeszcze przed „kontaktem z celem” – odpocząć przez kilka minut, aby uspokoić oddech. Każdy, kto polował np. w górach, wie w czym problem. Na łowach czy na wojnie nie brakuje jednak sytuacji, w których strzelec będzie pozbawiony kontroli nad oddechem. Po prostu nie ma na to czasu.

Co więc zrobić, gdy proces oddychania nie może być w pełni ustabilizowany? Otóż nagłych sytuacjach strzelec winien ustawić i napiąć ciało tak, jak gdyby oczekiwał ciosu w splot słoneczny. Po wycelowaniu trzeba zrobić krótki, ale głęboki wdech i oddać strzał w napięciu mięśniowym. Następnie wydech (i nowy, krótki wdech) łączymy z przerepetowaniem broni i powtórnym napięciem ciała.

Po treningu i doprowadzeniu powyższych czynności do automatyzmu wyniki strzelań będę dobre.

Teraz czas na bardzo szybkie, wręcz instynktowne strzelanie ze sztucera (karabinu), polecane przez niektóre, wojskowe szkoły strzeleckie.

Warto wyuczyć się tego wariantu, bo przyda się zarówno na wojnie jak i łowcy, zwłaszcza na zbiorówce (czy indywidualnych polowaniach leśnych). Maksymalny czas na oddanie celnego strzału winien wynosić dwie sekundy, wskazane jest jednak, by był jeszcze krótszy (1,0 – 1,5 s)  Podstawową kwestią przy tym rodzaju strzelania jest opanowanie binokularnego widzenia. Strzelec praworęczny widzi otoczenie celu lewym okiem, zaś celuje prawym. Można strzelać intuicyjnie zarówno z przyrządów mechanicznych jak i kolimatora bądź lunety. Uwaga: przeziernik jest lepszy niż zwykła muszka i szczerbina, pod warunkiem, iż otwór jest relatywnie duży. Najwolniej strzela się z optyki o dużych powiększeniach oraz z przyrządów przeziernikowych z małym otworem. Jeżeli preferujemy celowniki optyczne, to najlepiej o bardzo niskich dolnych krotnościach (np. 1 – 4 x 24). Innymi słowy, wielkim  ułatwieniem będą celownik do pędzeń (najlepsza opcja duży zoom, np. 1 – 6 x 24 lub jeszcze lepiej 1 – 10 x 24) lub dobry, mały kolimator. Przyrządy mechaniczne typu Battue, oczywiście kontrastowe pozwalają na strzał bardzo szybki. Praktycznie dwukrotnie skracają czas potrzebny na uchwycenie celu (w porównaniu z klasyczną muszką i szczerbiną).  U nas używa ich jeszcze niewielu strzelców czy myśliwych, a szkoda.

Sztuka polega tutaj także na tym, iż zarówno kierunek, w którym oddamy strzał jak i dystans  nie są wcześniej dokładnie znane. Trening zaczynamy od położenia gotowości do strzału. Stajemy, ustawiając nogi pod kątem ok. 45 stopni w prawo od potencjalnego kierunku strzału. Broń trzymamy w taki sposób, by stopka kolby znajdowała się na wysokości pasa (bioder). Duży palec na bezpieczniku,  wskazujący na kabłąku spustowym, daleko od języka. Wyjątek stanowią te konstrukcje, w których bezpiecznik jest umieszczony wewnątrz kabłąka; wtedy palec wchodzi w kabłąk i opiera się na tylnej stronie bezpiecznika, bez kontaktu ze spustem. Wylot lufy winien znajdować się na wysokości oczu i być skierowany w tę stronę, skąd oczekujemy pojawienia się celu.

Patrzymy więc w miejsce, gdzie winien ukazać się cel,  widząc po drodze  wylot lufy. Na sygnał (lub w momencie pojawienia się celu) przyjmujemy postawę  do otwarcia ognia. Oczy szeroko otwarte, bezpiecznik wyłączony. Gdy stopka kolby wskoczy w dołek strzelecki, palec wskazujący zaczyna układać się na spuście. Sztucer jest kierowany na obiekt w taki sposób, jakbyśmy zamierzali strzelać bez przyrządów celowniczych. Jeżeli postawa strzelecka jest przyjęta prawidłowo to prawe oko strzelca widzi kombinację „muszka – cel”, „czerwona kropka – cel” czy „przecięcie siatki – cel” bez konieczności wyrównywania postawy.

Pierwszy etap celowania, podczas którego nie korzystamy z przyrządów celowniczych nie jest wcale prosty i wymaga praktyki. Po tym, jak prawe oko zarejestrowało cel wybieramy język spustowy. Jednak przed przekazaniem przez mózg komendy do  palca wskazującego, trzeba „zobaczyć” w myśli sam wystrzał. W ciągu małej chwili wyobrażamy sobie proces wystrzału. Jeżeli zrobimy to właściwie, pocisk trafi w cel.

Wyżej opisane czynności winny zajść w bardzo krótkim czasie, takim, by strzelec zdążył policzyć zaledwie do trzech. Na „raz”:

–          szeroko otwarte oczy patrzą w cel;

–          bezpiecznik jest ustawiony na „ogień”;

–          kolba wchodzi w dołek strzelecki;

–          palec układa się na spuście.

Na „dwa”:

–          prawe oko rejestruje cel  (w przypadku celownika optycznego z pełną siatką oznacza to podzielenie celu na cztery części, kolimatora zaś ustawienie czerwonej kropki na środku celu). Przy  szynie Battue kontrast szyny pokrywa się z jaskrawą muszką i obiektem do którego strzelamy.

Na  „trzy”:

–          wciskamy język spustowy.

Początkowo trenujemy wyłącznie na sucho, z nabojem szkolnym (zbijakiem). Bez strzału, ale z pełną koncentracją. Przyśpiesznika oczywiście nie używamy. Czynności treningowe będą trwały nieco dłużej, jeśli dysponujemy dwu oporowym mechanizmem spustowym. Potem taki spust może mieć przewagę, bowiem wyklucza oddanie strzału przed osiągnięciem gotowości do niego. Ważne, by na „raz” kolba dobrze i w pełni wchodziła w dołek strzelecki. W tym celu istotne jest pełne podnoszenie prawego łokcia (aż do położenia równoległego względem ziemi), inaczej tylko część stopki jest opierana prawidłowo.

Należy dojść do sytuacji, w której strzelec uzyskuje kilka kolejnych trafień w krąg o średnicy 10 cm na 25 metrów oraz 25 cm na 50 metrów. Strzelanie tego typu nie ma sensu na dystansie większym od 50 metrów, bowiem zwiększa się czas na oddanie strzału, a jego precyzja maleje.  Na wojnie wzrasta też ryzyko, iż sami zostaniemy trafieni.

Niektóre szkoły strzeleckie zalecają dalsze doskonalenie szybkiego, instynktownego strzelania z karabinu (sztucera) z wykorzystaniem rzutek, lecących na kursie oddalającym się – a więc od strzelca. Rzutek w najwyższym punkcie swojej trajektorii na sekundę zatrzymuje się i jest to najlepszy moment na oddanie strzału. Jest to bardzo trudne ćwiczenie, za bardzo dobry rezultat  uważa się wynik rzędu 3/10.  Jeżeli chcemy porównać strzelanie do rzutków z broni kulowej i śrutowej, to „karabinowy”  wynik rzędu  1/10 odpowiada mniej więcej uzyskaniu  z dubeltówki  90 pkt (na 100 możliwych). Jeszcze wyższą szkołą jazdy jest strzelanie z repetiera do dwóch rzutków jednocześnie, przy czym drugi jest puszczany w momencie oddania strzału do pierwszego.

Sztuka bardzo szybkiego strzelania ze sztucera  przez wielu jest oceniana jako zupełnie niepotrzebna. Jednak przydaje się nie tylko na wojnie, ale także przy niebezpiecznych łowach np. w Afryce, przy nagłych spotkaniach z lwem czy bawołem.

Do suchych zapraw strzelnica nie jest niezbędnie potrzebna, wystarczą spokój, naboje szkolne i  … telewizor.

Przy strzelaniu do celów ruchomych należy ćwiczyć wszelkie warianty, tzn. obiekt winien defilować, biec na strzelca lub oddalać się od niego. Gdy zbliża się do łowcy, o poprawce na ruch możemy praktycznie zapomnieć – przy współczesnych, szybkich pociskach karabinowych celujemy tak samo jak do obiektu stacjonarnego. Strzał do celu  oddalającego się w łowiectwie jest trudny, bowiem nie widzimy strefy życiowo ważnych organów. Często jednak musimy strzelać – np. do uchodzącego postrzałka. Niezmiernie istotne jest przy tym zachowanie zimnej krwi.

Podczas treningu należy uczyć się oddawania  dwóch strzałów do każdego celu, w przypadku repetiera z ręcznym przeładowaniem broni. Przerepetowania broni dokonujemy oczywiście bez utraty kontroli nad otoczeniem, a więc nie możemy odrywać broni od ramienia. Z półautomatem jest oczywiście łatwiej, bo heblowanie zamkiem nas nie rozprasza. Niezależnie od tego, czy cel będzie trafiony czy też nie do komory musi być wprowadzony kolejny, trzeci nabój. Wyrabia to nawyk pozostawania w pełnej gotowości do oddania strzału oraz uczy ciągłej obserwacji celu. Wiadomo, jeżeli nietypowe sytuacje mogą się zdarzać to się i zdarzą; lepiej być na to zawsze przygotowanym. Najważniejsze, by naprowadzanie broni na cel i prowadzenie go nie kończyły się w momencie strzału. Obiekt musimy trzymać w celowniku przed, w trakcie i po strzale. Nawet jak zwierz się wywróci, trzymamy go przez jakiś czas w celowniku, przy czym komora nabojowa nie może być pusta. Jedynym wyjątkiem jest sytuacja, gdy musimy strzelać do następnych celów.

Generalnie, prawie każda współczesna broń kulowa jest wystarczająco precyzyjna, tzn. da się przy jej pomocy osiągać skupienia grupy 3 – 4 strzałów w kręgu o średnicy 1,5 MOA (ok. 44 mm/100 m). Takie parametry wystarczą, by strzelać do grubego zwierza na dystansie do 200 metrów. Trzeba jednak dobrać odpowiedni nabój. Niestety, rozrzut masy ładunku prochowego w amunicji kiepskiej klasy może sięgać nawet  4 – 5 %. Takimi nabojami celnie strzelać się nie da, chyba że na zbiorówce, gdzie dystans jest ograniczony. Przed przeprowadzeniem procesu doboru kuli oceniamy, na jakich dystansach i do jakiego zwierza chcemy strzelać, potem sporządzamy listę dostępnych nabojów (bierzemy pod uwagę typ pocisku, ekspandowanie w tuszy,  współczynnik balistyczny BC etc.). Kupujemy po kilka sztuk amunicji i  na strzelnicy sprawdzamy, którą markę i typ pocisku najlepiej toleruje nasza broń. Ukochany sztucer może długo kaprysić. Zostajemy dopiero przy tym naboju, który przekona nas do siebie chirurgiczną precyzją strzału  (oczywiście z zimnej i czystej lufy, a więc z przerwami podczas sprawdzania skupienia).  Pocisk, wystrzelony z lufy zasmarowanej często pójdzie wyżej.  Nierzadko bywa tak, że bardzo tania broń w rodzaju Stevensa 200 może dawać grupy lepsze od Blasera R 93. Dlaczego? Po prostu, jej właściciel mądrzej dobrał fabryczną amunicję lub elaboruje ją samemu.

Bardzo istotną kwestią jest wybór dystansu, odpowiedniego na przystrzelanie broni. Jeżeli strzelec ma karabin z kolimatorem bądź klasyczną lunetą do pędzeń, to jasne jest, iż powyżej 75 – 90 metrów strzelał nie będzie, w każdym razie strzał na 100 metrów będzie raczej rzadkością. Broń przystrzeliwujemy więc na 75 metrów, chyba że rozmiary kropki kolimatora są powyżej 4 MOA, wtedy dystans przystrzelania ustalamy na 50 metrów. W naszych warunkach, przy łowach z zasiadki czy podchodu wystarczy opcja  + 4 cm/100 m. Każdy cel na dystansie 0 – 200 m będzie w naszym zasięgu.

Wydaje się, iż podczas procesu przystrzeliwania broni lepiej jest po strzale wprowadzać poprawki tylko w jednym kierunku (pierwsze korekty należy wprowadzać w płaszczyźnie poziomej). Mniej doświadczony posiadacz broni przed każdym wprowadzeniem poprawek  winien oddawać po dwa strzały i z nich wyznaczać ŚPT.

Niedawno mój znajomy, właściciel Mannlichera kal. 308 Winchester wybierał się na łowy poza granice kraju i chciał skonsultować sposób i dystans przystrzelania broni, bo na miejscu, w zimowych warunkach mogło nie być takiej możliwości. Zwierz o masie nie przekraczającej 50 kg, trudne warunki łowów.  Po własnych przemyśleniach oraz zapoznaniu się z klimatem i terenem przyszłych łowów, zdecydowałem się ustawić dystans przystrzelania na 200 metrów w punkt, co było równoznaczne z poprawką  + 6 cm/100 m. Przed wyjazdem, na otwartej strzelnicy łowca odbył solidny trening strzelecki, prowadzony do tarcz sylwetkowych na dystansach 100; 150; 200; 225; 250; 275 i 300 metrów. Warto zapoznać się z „ćwiartkami” setek, gdy zamierzamy strzelać powyżej 200 metrów.  Okazało się, iż bez problemów trafiał w tarczę aż do 250 metrów, dopiero na 300 metrów wybierał nieco większą poprawkę, celując wyżej o 23 cm. Podczas łowów przewidziałem znaczny spadek temperatury i związane z tym obniżenie punktów trafień. Opcję tę strzelec wprowadził na górnym bębnie lunety, tuż po tym, jak zaczęły się silne mrozy.  Jego koledzy wzięli  ze sobą broń w mocniejszych kalibrach, aż do 9,3 x 62 włącznie, ale nie zapewniło im to sukcesu, bo dystans przystrzelania wybrali fatalnie: 100 m w punkt, ponadto nie sprawdzili w praktyce zniżeń trajektorii.  W rezultacie, przy strzałach na około 220 – 250 metrów (a takie dystanse przeważały) wyraźnie dołowali lub wybierali niewłaściwe poprawki.

Drugą, istotną kwestią było optymalne dobranie pocisku – w przypadku .308 Win. był to  Superformance z bardzo celnym pociskiem SST firmy Hornady. Skupienie serii strzałów w przypadku tej kuli było rewelacyjne – 16 mm/100 m i 35 mm/200 m. Równie ważny wydawał się fakt, iż nabój Superformance dysponuje niemałą przewagą prędkości (i co za tym idzie energii kinetycznej) nad standardowym .308 Win. (E100 = 3142 J, E200 jeszcze 2651 J). Pocisk naboju Superformance .308 Win. na 200 metrach dysponuje taką energią jak typowa „trzysta ósemka”  na 100 metrach. Jest o co walczyć, bo i  tor jest bardziej spłaszczony. W praktyce ekspansywna kula o średniej masie (10,69 g) sprawdziła się świetnie.

Trzeba pamiętać o wpływie wiatru bocznego lub skośnego. Przy współczesnym pocisku karabinowym (Vo = 770 – 950 m/s) wpływ wiatru do dystansu 100 metrów jest minimalny, chyba że mamy do czynienia z prawdziwą wichurą. Jednak na 200 metrów i dalej wiatr będzie wyraźnie znosił pocisk, a wielkość odchylenia będzie tym mniejsza, im cięższa jest kula i wyższy ma współczynnik balistyczny BC. Prędkość początkowa nie jest najważniejsza. Jeżeli nawet pocisk kalibru .308 Win., o masie 9,72 g jest  znacznie szybszy niż kula o tym samym kształcie i kalibrze, ale masie 11,66 g, to już na odległości 250 – 300 metrach ich prędkość będzie taka sama, potem zaś cięższa kula będzie miała przewagę. Ponadto, rażenie obalające ciężkiego pocisku jest znacznie większe niż lekkiego.

Po namyśle, nasz strzelec zrezygnował z pocisku SST  o masie 9,72 g na rzecz nieco cięższego. Miał rację, bo wiało wręcz niemiłosiernie.

Podczas akcji czy łowów prowadzonych „w polu” bardzo trudno jest określić, w jakich konkretnie warunkach przyjdzie nam strzelać.  W zasadzie tylko polowanie z ambony jest w miarę komfortowe, choć analizując stan naszych zwyżek czy ambon i tutaj często mamy do czynienia ze swoistą „ekwilibrystyką strzelecką”. Są problemy z podparciem łokcia, wygodnym ułożeniem broni etc.

Osobiście nie cierpię polowania z zasiadki. Ambonę wykorzystuję głównie po to, by zwiększyć możliwości wykrycia  zwierza, np. lisa czy jenota. Przez lornetkę o znacznym powiększeniu metodycznie obserwuję teren, dzieląc go wpierw na odcinki. Jak już wykryję cel, zaczynam podchód. Podchód trzeba realizować z uwzględnieniem kierunku wiatru, tak by po pierwsze zwierz nas nie zwietrzył, a po drugie by na kierunku strzału nie wiał silny wiatr boczny. Najlepszą opcją jest takie wybranie stanowiska strzeleckiego, by wiatr wiał prosto w oczy łowcy. Jedyny skutek to minimalne zniżenie trajektorii, do 200 metrów praktycznie nie podlegające korekcie.

Aby nie zgubić kierunku pochodu, jeszcze przed zejściem z punktu obserwacyjnego należy wybrać łatwo rozpoznawalny „dozór”, np. krzak lub drzewo położone blisko celu. Dozór winien być na tyle wysoki, by widzieć go cały czas podczas pochodu, pozostając przy tym niewidocznym dla zwierza. Dalmierz laserowy jest sporym ułatwieniem, bo od razu znamy dystans do zwierza, ale ja staram się być minimalistą, jeśli chodzi o dodatkowe wyposażenie.

Dobrze jest wybrać – jeszcze przed pochodem – miejsce, z którego będziemy oddawali strzał.  W praktyce, jest to trudno osiągalne, bo po dotarciu na stanowisko może się okazać, iż albo cel zdołał się przemieścić albo teren przy bliskim oglądzie nie nadaje się na pozycję strzelecką. Bywa, że z wybranej przez nas wstępnie pozycji nie da się strzelać, bo zwierza z niej nie widać. Parę razy okazało się, iż moje dogodne stanowisko (tak właśnie sądziłem, analizując je z daleka, przez lornetkę) to podmokła łąka lub zagłębienie terenu, z którego niczego nie trafię, a sam jestem widoczny jak na patelni. No i bardzo dobrze, na tym polega smak łowów.  Żadne strzelania do tarczy tego nie zastąpią.

Zwierz chodzi swoimi drogami, ma własne plany, które najczęściej nijak się mają do naszych. Godzinę skradamy się do miejsca, gdzie miał na nas czekać, a tu lisiury nie ma. Spokojnie, znajdziemy go, jak nie dziś to jutro.

Sztuka osiągania sukcesów strzeleckich „w polu” zamyka się w tym, by trening prowadzić z pominięciem postaw najbardziej komfortowych, zwłaszcza tych z wykorzystaniem  bardzo stabilnych podpórek. Poddajmy analizie, co nas statystyczny myśliwy  robi na strzelnicy, gdy pojawia się tam ze sztucerem.  Ano,  oddaje najczęściej jeden, dwa lub trzy strzały „z worka” czyli w postawie siedzącej, zza stołu. Dobrze, jak pokręci bębnami korekcyjnymi, ustawi precyzyjnie lunetę pod średni punkt trafień. Widziałem i takich, co twierdzą, iż wszystko jest w porządku, bo broń bije tak samo jak rok temu czyli np. osiem centymetrów w lewo i pięć niżej. Nie dotykają lunety, bo jeszcze cosik się przestawi, a oni już przyzwyczaili się do brania tych poprawek. Takie zjawisko – strachu przed wprowadzeniem korekt na bębnach jest wcale nierzadkie i bierze się po prostu z braku umiejętności pracy z lunetą.

Po oddaniu paru strzałów z worka nasz Nemrod znika ze strzelnicy, utwierdzony w swoich umiejętnościach. Tymczasem jedyne co osiągnął to potwierdzenie, iż broń jest dobrze przystrzelana. Strzały zza stołu służą tylko i wyłącznie procesowi przystrzelania czy doboru najlepszego pocisku. Budują jeszcze zaufanie strzelca do jego broni, lub lepiej systemu „sztucer – optyka – nabój”. Bardzo dobrze, ale co z doskonaleniem umiejętności? Tylko niewielka część strzelców odda następnie strzał „ze słupa” do kozła lub lisa, potem do sylwetki ruchomego dzika. Chwała im za to.

Namawiam jednak do zupełnie innej opcji, mianowicie treningu na otwartej strzelnicy, z postaw niestabilnych. Najlepszą szkołą są improwizowane „gry strzeleckie”, podczas których nie znamy ani dystansu do rodzaju tarcz, aż do momentu, w którym przyjdzie nam strzelać. Związek Strzelectwa Precyzyjnego Varmint, organizując treningi czy zawody uwzględnia takie właśnie opcje. Łowca na komendę oddaje strzał do tarczy z dowolnej postawy,  ale takiej, która zagwarantuje szybkie, a jednocześnie skuteczne trafienie celu. Dźwiganie ze sobą pastorału czy trójnogu nie zawsze jest dobrym rozwiązaniem. Jest tu miejsce na strzał z postawy stojącej, z kolana, siedząc, leżąc (z wykorzystaniem przedmiotów terenowych, pasa nośnego lub dwójnogu) i bardzo, bardzo wiele innych możliwości. Natura wskaże nam mnóstwo rozwiązań.

Święty Hubert rzadko wystawia nam zwierza w sposób idealny. Istotne, by trafiać dobrze z postaw mało stabilnych. Warto zwrócić uwagę na  fakt, iż indywidualne różnice w budowie ciała czy poziomu sprawności fizycznej wskazują preferowane postawy strzeleckie. Miałem wielu uczniów, którzy lepsze wyniki osiągali np. z postawy klęczącej  niż z siedzącej czy leżącej, choć przecież logika podpowiada zupełnie co innego. Otyły człowiek nie będzie dobrze strzelał w polu z improwizowanej postawy siedzącej, niezależnie od ułożenia nóg także postawa leżąca nie będzie łatwa do przyjęcia, chyba że wykopie sobie dołek pod brzuch. Trzeba więc w tym przypadku rozbudować arsenał innych możliwości – każdy może to zrobić sam, nawet bez pomocy doświadczonego instruktora. Odmian postaw siedzących może być przynajmniej kilka, warto sprawdzić, w której strzela się nam najlepiej. Niektórzy  wolą wariant z wysokim ułożeniem kolana i oparciem na nim broni, inni robią kołyskę, opierając broń na łokciu. Pewne jest, iż trzeba sprawdzić wszystkie odmiany danej postawy, po to by wybrać tę, przy której odczuwamy najmniej problemów.  Warto przy tym zabezpieczyć pewną część ciała przed przemoknięciem czy przemarznięciem. Dobrą opcją jest wszycie grubego, nieprzemakalnego materiału w tylną część spodni ale jeszcze lepsze wydaje się wykorzystanie kawałka karimaty, mocnego brezentu itp. o wymiarach  np. 40 x 40 cm, który odpowiednio przytrzymywany paskiem (wystarczą dwa nacięcia w karimacie) wisi sobie spokojnie poniżej nerek. Przy właściwym umocowaniu taka osłona absolutnie nie przeszkadza w poruszaniu się, a chroni świetnie. Celem sprawdzenia, czy dobrze spełni swą rolę trzeba kilkanaście razy przyjąć szybką postawę strzelecką siedząc. Jeśli nic nie przeszkadza, osłona się nie przesuwa i nie uwiera, nasz patent jest właściwy. Przyda się także przy korzystaniu ze zwyżek, bo siedzenie na mokrych czy oblodzonych deskach zdrowiu nie służy.

Jeżeli już mówimy o zabezpieczaniu pośladków, warto zastanowić się nad wszyciem solidnych wzmocnień materiału w okolicach kolan i łokci. Inaczej po paru akcjach z czołganiem przez pełzanie zobaczymy dziury w naszej garderobie. Uwaga – w postawie leżącej wykorzystujemy ruchomą osłonę siedzenia, przesuwając ją do przodu. Zabezpieczy jeszcze ważniejsze męskie części ciała.

Kapitalnym „pomocnikiem” przy strzelaniu w polu jest zwykły plecak lub nawet torba myśliwska. Mogą zastąpić dwójnóg. Za  pomocą plecaka można np. zmiękczyć lub podnieść naturalną przeszkodę, czy nawet użyć go do maskowania własnego stanowiska. Zza plecaka w neutralnych barwach jesteśmy praktycznie niewidoczni. Palik od ogrodzenia, ba, nawet drut kolczasty mogą być podpórką, o je zmiękczymy je bądź zabezpieczymy np. rękawicą.  Baloty słomy, kamienie, wzgórki, drzewa, obalone pnie, wszystko to może stać się naszym sprzymierzeńcem. Ilość wariantów jest tutaj wręcz niezmierzona.

Proszę pomyśleć, ile możliwości daje nam zwykłe drzewo czy pieniek. Przeciętny łowca może je wykorzystać tylko jako podpórkę dla lewej dłoni, przybierając postawę stojącą charakterystyczną dla „szkolnego” strzelania do tarczy kozła lub lisa. Tymczasem w tej postawie jesteśmy zupełnie odsłonięci, a przecież pień winien nas także maskować, zakrywać przed zwierzem. Zza drzewa winniśmy więc wychylać się z jego prawej strony, tak by maksymalnie wykorzystać naturalną osłonę. Nasza sylwetka jest wtedy schowana za pniem, wystaje tylko część głowy, prawy łokieć i bark. Żadną częścią osady czy lufy nie dotykamy drzewa, kontakt broni z twardym przedmiotem musi odbywać się za pośrednictwem palców dłoni lub rękawiczki. Jeżeli zamierzamy strzelać zza drzewa, zaczynamy szukanie odpowiedniej postawy od leżącej. Jest najbardziej stabilna, strzał będzie więc najcelniejszy. Dopiero jak wysokość poszycia (czy inne przeszkody) nie pozwala na taką opcję, próbujemy siedzącej (nieco mniej stabilnej), potem w kolejności  klęczącej  lub stojącej. Wybór musi odbywać się szybko i w sposób niezauważalny. Warto przez parę kwadransów poćwiczyć i takie warianty. Jestem pewien, iż każdy znajdzie postawę optymalną dla siebie.

Osobiście w moim terenie łowieckim często wykorzystuje postawy wysoce improwizowane, np. półleżące, za nieczynnym nasypem kolejowym. Przy dłuższym oczekiwaniu na cel jest to bardzo wygodne. Kręgosłup natychmiast sygnalizuje, jaka postawa winna być preferowana. Z nasypu mam szerokie pole widzenia, a sam strzał pod kątem w dół (nawet małym) jest znacznie bezpieczniejszy.

Regularnie ćwicząc postawy niestabilne, wprowadzamy sobie określone nawyki do pamięci mięśniowej. Możemy uznać, iż nasze umiejętności są dostateczne dopiero wtedy, gdy przyjmowanie właściwej postawy następuje intuicyjnie, prawie bez udziału woli.

Należy unikać sytuacji, w których strzelamy z postawy stojącej, bez żadnej podpórki. Oczywiście, ten wariant należy często trenować, na zbiorówkach będzie jak znalazł, ale strzelamy tak tylko i wyłącznie wtedy, gdy musimy. Jeżeli w pobliżu jest opora dla broni i możemy ją wykorzystać, nie bawmy się w Rambo. Tylko on trafiał we wszystko z tej postawy, nawet z kaemu M 60.

Warto przy tym pamiętać, iż do długich wypraw łowieckich nadaje się idealnie tylko broń bardzo portatywna. Varmint jest nieskładny i źle wyważony, ba, nawet zwykły sztucer z lufą długości 60 cm nie każdemu będzie odpowiadał. Warto przeanalizować rady płk Jeffa Coopera, który mądrze uzasadniał zalety wielofunkcyjnej broni typu Scout. Sztucer winien mieć poniżej metra długości (ideał to 940 mm, masa poniżej 3,2 kg). Jak ktoś myśli, że to bzdury niech spróbuje popracować w polu z repetierami o długości 1100 – 1150 mm, a potem np. ze Scoutem Mannlichera.

Reasumując, jeśli oswoimy wiele odmian postaw strzeleckich, nauczymy się korzystania z dobrodziejstw plecaka czy zwykłego pasa nośnego do broni nasze szanse na udany strzał i pozyskanie zwierza gwałtownie wzrosną. Nie każdą postawę da się opanować, mimo usilnych prób. Trudno, oswajamy wtedy inną, zbliżoną. Każdy ma swoją „pietę achillesową”, ograniczenia wynikające np. z wieku czy stanu zdrowia.

Warto włączyć myślenie, choćby po to, by mądrze wykorzystać teren i naturalne podpory. Jeżeli z jakiegoś powodu strzał nam nie wyjdzie, jest to przyczynek do analizy faktów, tak by podobnego błędu więcej nie popełnić. Każdy pobyt na strzelnicy warto wykorzystać do maksimum. Uczmy się bez schematów.

SONY DSC

Marek Czerwiński

Kalendarium







CURRENT MOON
Na stronie
Aktualnie online: 2
Dzisiaj: 24
W tym tygodniu: 138
W sumie: 55130